W tym artykule przedstawiamy Martina – hiszpańskiego trenera i facylitatora, który od kilku lat mieszka w Islandii. Na wyspę trafił jako wolontariusz, a dziś prowadzi szkolenia dla youth workerów z całej Europy i pracuje z międzynarodowymi grupami w ramach programów Erasmus+ i Europejskiego Korpusu Solidarności. Dziękujemy Martinowi za udzielenie wywiadu i podzielenie się swoją historią. Poniżej publikujemy zapis rozmowy, w której opowiada o swojej drodze, wyzwaniach pracy trenerskiej i o tym, co naprawdę kryje się za fasadą międzynarodowych szkoleń. Mamy nadzieję, że ten artykuł stanie się inspiracją dla młodych ludzi, którzy w przyszłości planują rozwijać się w trzecim sektorze i szkolić młodzież za pomocą metod edukacji pozaformalnej!
Jak Hiszpan trafił na Islandię? Pandemia, wolontariat bez programu
Wolontariat w organizacjach pozarządowych to często pierwszy krok do pracy z młodzieżą – może otworzyć drzwi do roli facylitatora, trenera, a nawet do prowadzenia własnych projektów. Martin jest tego doskonałym przykładem: mieszka na Islandii, ponieważ trafił tam jako wolontariusz – początkowo w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności. Szukał miejsca, gdzie mógłby odbyć swój wolontariat, a pandemia przekreśliła wiele z jego planów.
„Szukałem miejsca, w którym mógłbym zrobić wolontariat w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności. Potem wybuchła pandemia. Opcji było niewiele, a podróżowanie do różnych krajów wiązało się z mnóstwem wymogów, które wtedy trudno było ogarnąć. Zaczaiłem się na Islandię, napisałem do kilku organizacji – jedna odpowiedziała. Przyjechałem jako wolontariusz, ale bez wsparcia z programu ESC.” – mówi Martin
I tak został. To pokazuje, że ścieżki do międzynarodowych projektów bywają kręte – czasem to nie program wybiera nas, ale my sami wybieramy, by zaryzykować i sprawdzić, co z tego wyjdzie. Dziś Martin pomaga innym w takich decyzjach, ale swoją przygodę rozpoczął od listu wysłanego w pandemię.
Islandzkie nawyki kontra hispańska dusza
Wyjazd do innego kraju na dłuższy czas wiąże się ze zmianą przyzwyczajeń. Kraje w Europie mają różne tradycje i obyczaje, z czym warto się liczyć, decydując się na przeprowadzkę czy długoterminowy wolontariat. Życie na islandzkiej wyspie zmieniło Martina w sposób, którego sam się nie spodziewał. Pochodzi z Hiszpanii – kraju, gdzie życie toczy się głośno, spontanicznie i często późno w nocy. Islandia to przeciwieństwo: cisza, spokój, skupienie na naturze. I baseny.
„Chodzę na baseny tak często, jak tylko mogę. Bycie w wannie z hydromasażem to dla mnie niemal codzienność. Do tego nauczyłem się cieszyć pogodą – niezależnie od tego, jaka jest. Myślę, że to już taki islandzki zwyczaj. I chyba jestem spokojniejszy niż kiedyś. Życie tu biegnie wolniej.” – mówi Martin
Ale hiszpańska krew daje o sobie znać. Martin przyznaje, że tęskni za tym, co dla mieszkańców południa Europy jest oczywiste.
„Brakuje mi spontanicznych spotkań z przyjaciółmi i tych rozmów, które przeciągają się do późna przy dobrej kawie.” – Martin
To ciekawe spostrzeżenie dla każdego, kto planuje wyjechać na wolontariat lub studia – wyjazd zmienia nie tylko miejsce pobytu, ale też zmianie przyzwyczajeń. Czasem dopiero na emigracji odkrywamy, co naprawdę ceniliśmy w swojej kulturze.

Ścieżka do bycia trenerem: od lidera grupy do facylitatora
Martin nie skończył kursów trenerskich w żadnej formalnej szkole. Jego droga była naturalna – zaczynał od pracy z młodzieżą w terenie.
„Na początku pracowałem z młodzieżą – byłem liderem grupy, organizowałem im czas wolny. Potem naturalnie przeszedłem do kolejnej roli: edukatora, facylitatora.” – mówi Martin
To częsta ścieżka w sektorze edukacji pozaformalnej – najpierw samemu doświadczasz, potem zaczynasz prowadzić innych. Martin podkreśla jednak, że ta praca ma swoją cenę.
„Najtrudniejsze nie było samo wejście w tę pracę, ale pogodzenie jej z innymi moimi pasjami i relacjami.” – Martin
Dziś, gdy prowadzi szkolenia dla youth workerów z całej Europy, dobrze rozumie, że bycie facylitatorem to nie tylko stoisko z markerami i flipchart. To umiejętność balansowania między życiem zawodowym a prywatnym – coś, o czym rzadko mówi się na szkoleniach, a co jest kluczowe dla długoterminowej satysfakcji.
Zorganizowany chaos, czyli jak wygląda praca trenera Erasmus+ od środka
Pytany o to, jak wygląda prowadzenie międzynarodowych szkoleń, Martin nie sili się na opisy idealne. Mówi wprost:
„Od środka wygląda to jak zorganizowany chaos. Kolejka górska, na której skacze się z planu A do planu F, nawet nie myśląc o tym, co było w środku. Nie będę ukrywał – lubię to.”
Ten fragment oddaje sedno pracy z grupami międzynarodowymi. Żaden scenariusz nie przetrwa spotkania z rzeczywistością – ktoś się rozchoruje, pogoda pokrzyżuje plany, a niespodziewana energia grupy wywróci harmonogram. Rolą trenera jest właśnie to, by zachować spokój i przekuć chaos w wartość.
Martin dodaje też, że praca z młodymi ludźmi jest dla niego szczególnie satysfakcjonująca.
„Młodzież jest dla mnie bardziej satysfakcjonująca do pracy i jednocześnie bardziej wymagająca.”
To może być ważna wskazówka dla organizacji, które zastanawiają się, czy kierować swoje projekty do młodzieży, czy raczej do profesjonalistów. Według Martina, to właśnie młodość – z całym swoim entuzjazmem i nieprzewidywalnością – daje najwięcej radości.

Czy ludzie z południa uczą się inaczej niż ludzie z północy Europy?
Prowadząc szkolenia dla uczestników z różnych krajów, Martin nie zauważył większych różnic w samym procesie uczenia się. Różnice pojawiają się jednak w podejściu do wspólnej pracy – i tu widać wyraźny podział między kulturami południa a północy Europy.
„W kwestii uczenia się nie widzę większych różnic. Różnice pojawiają się raczej w podejściu do pracy. Na przykład gdy przygotowujemy prezentację o kraju lub organizacji, widać inne style działania. Albo przy pracy w zespołach – mimo że efekty zawsze są świetne, to kultury południa wydają się bardziej nastawione na dobrą zabawę i mniej analizowania procesu.” – mówi Martin
Co ciekawe, Martin podkreśla, że nie stosuje zróżnicowanego podejścia do uczestników z różnych kręgów kulturowych.
„Nie podchodzę do nikogo inaczej, ale… to pytanie sprawiło, że zacząłem się nad tym zastanawiać.”
To świetny przykład tego, jak praca w Erasmusie+ i EKS uczy samorefleksji – nawet doświadczeni trenerzy wciąż odkrywają nowe warstwy swojej praktyki.
Rada dla tych, którzy boją się pierwszego projektu
Na koniec rozmowy Martin otrzymuje pytanie, które zadaje sobie wielu młodych ludzi: co powiedzieć komuś, kto stoi przed wyborem – jechać na swój pierwszy projekt Erasmus+ lub Europejskiego Korpusu Solidarności, ale się boi?
Odpowiada bez zbędnych ozdobników:
„Nie martw się. Za tym wszystkim stoi cała struktura. Jedź, baw się dobrze, nie rozmyślaj za dużo. Nie oczekuj za wiele, pozwól, żeby to samo w ciebie weszło. Przede wszystkim – ciesz się. Bo po pierwszym projekcie przyjdzie ich znacznie więcej.”
W tych słowach można usłyszeć zarówno doświadczenie trenera, który widział wiele projektów od kulis, jak i zwykłego uczestnika, który pamięta swoje własne pierwsze kroki. Martin podkreśla, że największym błędem jest przede wszystkim nadmierne analizowanie i stawianie sobie zbyt wysokich oczekiwań. Program działa – struktury są gotowe, organizacje czuwają. Pozostaje tylko pozwolić sobie na przeżycie.
Podsumowanie: więcej niż ścieżka kariery
Historia Martina pokazuje, że praca w sektorze edukacji pozaformalnej to często droga, którą wyznaczają nie tylko formalne programy, ale przede wszystkim własna determinacja i otwartość na nowe możliwości. To opowieść o tym, jak Hiszpan został trenerem w Islandii, ale również przykład na to, jak europejskie doświadczenia – nawet te, które nie układają się zgodnie z planem – potrafią zmienić życie.
Dziś sam stoi po drugiej stronie – pomaga youth workerom rozwijać kompetencje, uczy ich, jak prowadzić projekty, i przypomina, że w tej pracy najważniejsze są ludzie. Jego rada dla młodych jest prosta: nie czekajcie na idealne warunki, tylko pakujcie plecak. Nawet jeśli wasza ścieżka będzie kręta i nieprzewidywalna, może okazać się początkiem czegoś większego, niż ktokolwiek z was się spodziewał.
